Kategorie

pedraforca strumyki

A miało padać cały weekend

Mój zachwyt nad urokami Katalonii wciąż trwa i ma się dobrze. Mieszkam tutaj już ponad 10 lat i wciąż odwiedzam nowe zakątki tego regionu. Pedraforca to kolejne miejsce, które poruszyło moje serce. Na pewno do niego wrócę a tymczasem posłuchaj tej historii.

Po długim czasie skandalicznego, jak dla mnie, i nie zawsze słusznie skierowanego, ograniczenia wolności, wreszcie nastał czas lekkiej odwilży 😉 Możemy przemieszczać się bez uzasadnienia po całym kraju, co dzieje się po raz pierwszy od pół roku (!!!) Choćby nie wiem w jak pięknym miejscu się żyło – ja nie mogę narzekać bo i plaża i górki wokół mojego domu, to jednak poczucie, że nie można po prostu wsiąść w samochód i pojechać przed siebie, kiedy ma się ochotę, było, jak dla mnie, bardzo przytłaczające. Wraz z odzyskaniem, niesprawiedliwie utraconej wolności, ruszyliśmy w trasę czym prędzej. I nie tylko my…. większość naszych bliższych i dalszych znajomych gdzieś wybyła na weekend.

Tym razem padło na góry i camping na który można wjechać z psem (taki wymóg mieli nasi przyjaciele, z którymi tam się spotkaliśmy). Krótka narada i bungalow został zarezerwowany (pod namiot nie odważyliśmy się jeszcze, gdyż w górach noce wciąż jeszcze są zimne). Ja nawet za bardzo nie wiedziałam gdzie jedziemy. Wystarczyło, że będzie gdzie spać i będzie spotkanie z super ekipą.

W piątek rano sprawdziłam pogodę przygotowując walizki i …. 100% deszczu!!! Nie może być!! Moje doświadczenia z deszczem są często takie, że zapowiedź jest, ale im bliżej terminu tym mniej procent na deszcz. Tym razem jednak nie miałam złudzeń. Będziemy siedzieć w domku, pić kawę/piwo i nadrabiać historie z dawno niewidzianą ekipą. To też ostatecznie nie była wcale taka zła opcja. Spakowałam walizki, zaliczyliśmy przed wyjazdem jedną urodzinową fiestę i w drogę!

Camping był bezkontaktowy. Wypełniłam wszystkie dostępy online i klucze czekały na nas w domku. Dołączyliśmy szybko do grillującej ekipy i tak skończyliśmy piątkowy wieczór.

pedraforca widok z campingu

Rano obudziły nas wpadające przez okno…promienie słoneczne. Yes!!!! Wstajemy i korzystamy póki nie zacznie lać. Dzieci (moje) od 8mej rano już biegały po campingu, zwiedzając i głaszcząc wszystkie psy. To co lubimy w campingach (w tych niezbyt dużych), że dzieci biegają w samopas prawie tak jak my kiedyś w latach 80tych przed blokiem. Teraz bezpiecznie za siatką, a jednak swobodnie. Oni szczęśliwi i my (rodzice) też, że od rana nie zaczynamy dyskusji o dostępie do ekranów. Nikomu to nawet nie przeszło przez myśl tego ranka. Zdążyliśmy wypić kawę na drewnianym tarasie z widokiem na ‘cycki’ czyli górę Pedraforca i zjeść śniadanie a deszczu wciąż nie było. Ruszyliśmy więc w góry.

Sięgam szczytów – w zawrotnym tempie!

Było nas w sumie 4 pary, z czego 2 z dziećmi. Trasę na szybko zaproponował ktoś z tych bezdzietnych i bardzo bardzo fit (na szczęście nie padło na wspinanie się na jeden z ‘cycków’ Pedraforca ;-). Nawet nie musieliśmy brać samochodu. Po prostu rozpoczęliśmy wspinaczkę za bramą campingu. Po 20 minutach prażącego słońca i tempa narzuconego przez bardziej wysportowaną część grupy, dzieci (te mniejsze) zaprotestowały bardzo skutecznie. Postanowiliśmy się podzielić i część grupy ruszyła do góry, a część (ta mniejsza) na poszukiwanie atrakcji na bardziej płaskim terenie. Ja zostałam w tej górskiej i uff… chyba nigdy tak szybko nie sięgnęłam szczytu. Nawet nie zdążyłam za bardzo kontemplować przyrody wokół, nie mówiąc o przerwie na siku czy piknik, tempo jak dla mnie było bardzo intensywne.

pedraforca w drodze na szczyt

Nie obyło się bez krwi i łez. Dosłownie. Jednak wszystkie kryzysy zostały szybko zażegnane. Wizja nadchodzącej burzy dodawała nam skrzydeł, kiedy jęcząc staczaliśmy się z powrotem w dół. Krew stąd, że niektórzy (mój syn) chcieli się stoczyć szybciej niż inni i nie tylko poharatali się sami, ale też oberwało się innym.

pedraforca trasa gorska

W całym swoim życiu nie pokonałam tak długiej trasy, tak bardzo stromej, w takim zawrotnym tempie. Zdążyliśmy w sam raz przed deszczem. Zanim rozpadało się na dobre, zjedliśmy ze smakiem makaron z tomate frito i nadszedł najlepszy czas wszystkich wycieczek w hiszpańskim gronie – sjesta!!! Kiedy wsunęliśmy się pod kocyk, akurat burza rozszalała się na dobre. To była dopiero klimatyczna drzemka. Lepiej sama bym tego nie zaplanowała.

pedraforca a tak bawiły się dzieci
A tak bawiły się dzieci, kiedy my wyciskaliśmy z siebie siódme poty

Bagà – tam gdzie czas stoi w miejscu

Kiedy wstaliśmy, przestało padać, a jakże 🙂 Szybko opracowaliśmy plan wycieczki i zapakowani w dwa samochody ruszyliśmy do pobliskiej wioski – Bagà, zareklamowanej przez jednego z kolegów, który spędzał tam dużo czasu jako dziecko. Rzeczywiście miasteczko okazało się urokliwe. Z klimatycznym plaza Iglesia (placem kościelnym) i kamiennymi uliczkami.

Pedraforca Bagà miasteczko katalońskie

Obserwowaliśmy przez chwilę tempo tego miejsca i zgodnie z Pawłem stwierdziliśmy, że ‘entropia’ tego miejsca jest po prostu zupełnie inna niż Barcelony, Krakowa czy Castelldefels. Niby jest tak samo a jednak inaczej. Wygląda jakby życie toczyło się tam w dużo wolniejszym rytmie niż to do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Nie słychać pociągów, klaksonów, karetek i nieustającego szumu autostrady. Po prostu cisza i spokój. Jakby czas stał w miejscu. Im jesteśmy starsi coraz bardziej pociąga nas taki właśnie rytm. A może ten rytm jest w naszej głowie? Czy zmiana miejsca zamieszkania na bardziej slow pomoże nam żeby zwolnić? Czy może najpierw musimy zwolnić sami bez względu na miejsce. Coś mi się wydaje, że to jednak to drugie. Mając podejście slow, tak naprawdę odpowiednie miejsce będzie już tylko dodatkiem do stanu umysłu, który będzie już właściwy.

Pedraforca Bagà rzeka

Rzeczka płynąca przez miasteczko, kamienne mosty, kościół na wzgórzu. Wszystko to, tworzyło bardzo romantyczną scenerię. Choć spędziliśmy tam chwilę, to była to bardzo przyjemna chwila. Dużo z tych katalońskich miasteczek jest do siebie podobnych, jednak każde z nich ma swoją energię i duszę. To się czuje. W jednych jest przyjemnie a inne choć bardzo ładne, nie są w ogóle przyjazne. Pewnie dużo zależy też od mieszkańców.

Zawsze najlepiej z lokalesami

Wracając do domu, zatrzymaliśmy się na posesji znajomego naszych przyjaciół. To miejsce, po raz kolejny w czasie tego wyjazdu, zauroczyło nas całkowicie. Był to dom, który należał do starej fabryki tekstyliów. Ogród był bardzo dobrze utrzymany. Od razu wyobraziłam sobie przyjęcie, z lampionami, chilloutowa muzyką i gorącym letnim wieczorem. Dom miał ogromne komnaty, z wielkimi oknami i czekał na remont. Może dlatego że trafiliśmy tam przed tym jak się zaczął, mogliśmy poczuć autentyczność tego miejsca i mocny powiew przeszłości. Zbudowany w latach 40stych służył pracownikom fabryki jako miejsce do życia. Obecny właściciel chce stworzyć w nim luksusową posesję do wynajęcia. Mam nadzieję, że już w przyszłym roku uda nam się zaliczyć wyjątkową imprezę we wspaniałym gronie właśnie w tym przepięknym miejscu.

pedraforca - fabryczny dom

Uwielbiam podróżować z lokalesami. Dzięki nim, zdarza nam się odwiedzać takie perełki, do których nie ma absolutnie dostępu, bez znajomości. Następnego dnia, czekała na nas kolejna tego typu niespodzianka.

Wyspaliśmy się smacznie i tym razem, spasowaliśmy już ze wspólnych wycieczek górskich. Po prostu spędziliśmy leniwy poranek, aż do czasu wymeldowania. Chmury deszczowe przesuwały się nad nami powoli, od czasu do czasu odsłaniając słoneczko. Po prostu bosko!! Z żalem pożegnaliśmy okolice góry Pedraforca.

Wycieczka do przeszłości

Ostatni punkt naszego weekendu to miał być w wspólny lunch po drodze do domu. Tak trafiliśmy w kolejne magiczne miejsce dzięki Jordiemu (który po prostu zna wszystkich cool ludzi w tej części Katalonii). Obiad złożony z przepysznych tapas zjedliśmy na patio budynku należącego do Colonia Vidal. Kolonia to w Katalonii ciekawy koncept z początku XX wieku, kiedy bogaci przedsiębiorcy obok fabryk tworzyli mini miasteczka, gdzie mieszkali pracownicy wraz ze swoimi rodzinami. Tam też zapewniali im lekarza, szkołę i nawet rozrywkę. Dzieci pracowników, kiedy osiągały wiek kilkunastu lat zaczynały też pracować w fabryce i tak wkoło.

pedraforca - colonia vidal

Najlepsze czekało na nas po jedzeniu. Zostaliśmy oprowadzeni po tym budynku pełnym historii. A było co zwiedzać! Zobaczyliśmy teatr, kino, bibliotekę i nawet szkołę w której uczyły się fabryczne dzieci. Wszystko to wspaniale utrzymane. Cały obiekt jest wciąż w rękach rodziny właścicieli fabryki. Ja po prostu uwielbiam takie historie.

biblioteka colonia vidal
Biblioteka w Colonia Vidal

Oczami wyobraźni zaraz przenoszę się do epoki modernizmu, widzę ludzi chodzących po opustoszałych dziś alejkach, krzątające się koło domu kobiety i donośny głos nauczyciela, który słychać przez otwarte szkolne okno.

colonia vidal
colonia vidal szkoła
I po łapach niegrzeczną studentkę!!
colonia vidal szkoła
Szkoła dla dzieci pracowników fabryki

Warto przyjechać tutaj na wycieczkę z przewodnikiem, bo można dowiedzieć się jeszcze więcej na temat całej tej koncepcji i zobaczyć fabrykę. Więcej info na stronie fundacji, naprawdę polecam bo to miejsce zupełnie nie z przewodnika dla turystów, a jest bardzo autentyczne i ma w sobie ogromny urok.

rzeka obok fabryki Colonia Vidal

Po zwiedzaniu, spędziliśmy jeszcze chwilę na huśtawkach, które przypominały nam te z naszego dzieciństwa, pociągnęliśmy za dzwon kościoła i pełni wrażeń wpakowaliśmy się do samochodu, ruszając w drogę powrotną.

pedraforca hustawki colonia vidal

To co przeżyliśmy w ten krótki weekend to tylko namiastka tego co można zobaczyć w regionie Pedraforca. Ja na pewno jeszcze wrócę i może dorzucę jakiś wpis z ciekawostkami z tego terenu.

Dodaj komentarz